Blog

Wszystko, czego nie wiecie o… zimowej garderobie

Minęła jesień, tak szybko, że jej nie zauważyliśmy.Chwilę później zostaliśmy wciągnięci w wir przez ducha Świąt Bożego Narodzenia, a zaraz po nich Sylwestrowe szaleństwo. A teraz jak już otrzepaliśmy się z konfetti i wróciły nam zmysły na miejsce to tak sobie stoimy, przytupujemy i rozglądamy się za kolejnymi atrakcjami, które odwrócą naszą uwagę od zimna za oknem i braku naturalnej dopaminy ze słońca. No a tu kicha. Do wiosny daleko bo się jeszcze zima nawet nie rozpędziła, świąt na horyzoncie żadnych i emocje nam opadają. Styczeń jeszcze jakoś przeżyjemy na grudniowym rozruchu, ale co dalej? W Lutym raczej wiosny nie przywitamy…I tu do akcji wkraczają ubrania…ale zdecydowanie nie te białe ! W szafie już wiosnę witać możecie, bo czemu nie?! Ba! Nawet powinniście, bo wiosna to tak na prawdę stan umysłu. Jeśli jednak wiosny w szafie nie czujecie to podpowiem Wam jak skonstruować swoją szafę, aby nie czuć zimna, pobudzać produkcję dopaminy ubraniem i nie dać się wciągnąć w przedwiosenny stan depresyjny. No tak, bo to nie jesień a właśnie przedwiośnie jest okresem, kiedy wysiadają nam baterie. Zwłaszcza jeśli w kwietniu potrafi spaść śnieg.
Ale do rzeczy. Jest kilka sprawdzonych i zbadanych przez psychologię mody sposobów jak utrzymać swój organizm w dobrym samopoczuciu gdy aura na zewnątrz robi wszystko by to zepsuć.

1. W czerwonej bieliźnie będzie nam ciepło.

Właściwie nie tylko w bieliźnie, ale we wszystkim co na siebie założymy w czerwonym kolorze. Dzieje się tak ponieważ kolor czerwony podnosi ciśnienie. Ale dlaczego w bieliźnie? Przecież bielizny nie widzimy. A nie prawda! Nasz mozg to taka sprytna bestia, która wszystko koduje. Czy tego chcemy czy nie chcemy. A więc jak sobie zakoduje, że ma na sobie czerwony kolor to w podświadomości będzie o nim pamiętać. Silniejszy efekt uzyskamy oczywiście zakładając czerwony sweter, który sam w sobie już grzeje. Jednak nie każdy lubi nosić czerwień, często do pracy nawet nie możemy jej nosić, więc bielizna nam pomoże to zastąpić. Innymi rozgrzewającymi kolorami są pomarańczowy czy amarantowy. Nie mówiąc już o kombo rozgrzaniu jakie dają bardzo modne zestawienia różowy z pomarańczem albo czerwienią!

 

 

2. Czerwona szminka doda Ci energii.
Właściwie z tego samego powodu co czerwona bielizna rozgrzeje. Jednak w tym okresie bardziej niż w każdym innym powinniśmy zwrócić uwagę na swój makijaż. Makijaż ma gigantyczną siłę o czym wiedzą uczestniczki mojego warsztatu z psychologii makijażu. Jego siła przydaję się bardzo właśnie miedzy innymi gdy musimy stawić czoła „depresjogennej” aurze przedwiośnia. Warto wtedy robić wzmacniającą swoje poczucie wartości kreskę na oku, zwrócić większą uwagę na budujące nasze społeczne zaufanie rzęsy czy właśnie energetyzować się soczystymi kolorami szminek i paznokci.

 

 

3. Ubraniowa dopamina w kombo dawce.

Badania wykazują że ubrania mogą wyzwalać w organizmie produkcję dopaminy, czyli najogólniej mówiąc hormon szczęścia.
Powstało nawet takie określenie jak dopamine dressing określające właśnie sposób ubierania się, który wspomaga produkcję tego neuroprzekaźnika. Jego najważniejszymi składowymi jest przede wszystkim kolorystyka pojawiająca się w ciekawych printach zestawianych ze sobą w nietuzinkowy sposób. Taka konfiguracja działa pobudzająco nie tylko na mózg noszącego ale także i otoczenia! Oto kilka przykładów:

4. Ciepło nie znaczy brzydko.
Często jest tak, że nawet jak chcemy zadbać o szafę w okresie zimowym to potem okazuje się, że nie mamy butów, które dopełnią stylizacji, bo biegamy w takich, w których jest nam ciepło. Urok całej dopracowanej stylizacji pryska, gdy zakładamy na nią kurtkę z Nort Face’a. Dlatego podstawowym krokiem jest znalezienie idealnych butów i płaszcza/ kurtki, która będzie nas nie tylko grzać ale przede wszystkim będzie nam się podobać. Wtedy przeciągająca się w nieskończoność zima będzie bardziej znośna a myśl „nie mogę już patrzeć na tą kurtkę, jak przyjdzie wiosna to ją spalę” nie będzie już nas nękać . O to kilka przykładów jak wybrnąć z tej sytuacji. Moim osobistym hitem są buty za kolano, w których jest mi ciepło jak w spodniach narciarskich, mimo cienkiej podeszwy…i 8cm szpilki . Co nie oznacza, że trzeba biegać „jak z żurnala”. Można wybrać fajny płaszcz i super ciepłe buty, albo na odwrót…albo ograć wszystko dodatkami 🙂

 

5. Błękitny płaszcz zostaw na cieple dni.
Jak każdy kij i ten ma dwa końce. Jeśli są kolory, które mogą nas rozgrzać to mogą też nas chłodzić dlatego dwa razy zastanówcie się czy dobrym pomysłem jest kupowanie błękitnego płaszcza albo białych butów, gdy znowu zapowiadają zimę stulecia.

Życzę Wam dopaminergicznych szaf i wiosny w głowie!
Ewa

Czy wiesz, że schematy siedzą w szafie?

 


Od pewnego czasu, w mojej głowie kręci się spirala myśli związanych z mechanizmami psychologicznymi jakie opanowały nasze szafy. Wiele z nich zostało już nazwanych, jeszcze więcej czeka na swój moment. Niby każdy z nas jest inny, każdy chce być inny i to jest super. Z drugiej jednak strony, to co wydawałoby się, że powinno nas różnić w rzeczywistości jest wspólnym mianownikiem dla każdej szafy. Bez względu czy są w niej same szare t-shirty czy kolekcja torebek od Hermes. Tym mianownikiem są schematy, którymi kierujemy się za każdym razem, gdy otwieramy rano szafę i za każdym razem gdy idziemy do sklepu z ubraniami.

Jakiś czas temu podczas typowej prasówki do porannej kawy, trafiłam na eksperyment przeprowadzony przez pewne małżeństwo w USA. Chcieli oni bowiem, sprawdzić jak na nich zadziała efekt Zuckerberga. Dla niewtajemniczonych, Zuckerberg oprócz tego, że  słynie z Facebooka, to słynie także z tego, że zneutralizował problem, który przez Jamesa Williamsa był określany jako “najważniejsza decyzja jaką  podejmujemy każdego dnia!”. Mowa oczywiście o jego outficie, który stał się już tak kultowy jak czarne golfy Steve’a Jobs’a. Mark faktycznie zapanował nad swoją szafą w sposób wręcz perfekcyjny, chociaż można by uważać, że wpadł on w spiralę nawyku. Niekoniecznie, moi drodzy. Zaraz Wam wytłumaczę wszystko krok po kroku. Założenie jego było takie, by cała szafa opierała się na jednym powielanym w nieskończoność outficie, który usunie z jego życia ubraniowe rozterki. Dlatego też oparł całą swoją szafę na szarym tshircie. I do tego momentu się wszystko zgadza. Jednak dalszy ciąg jest przez wszystkich błędnie odczytywany. Strój, który powielił był w JEGO ocenie wygodny, praktyczny, sprawdzony i… czuł się w nim komfortowo! A więc, stworzył on zestaw, który nie wpływał w negatywny sposób na jego produktywność i efektywność czy poczucie własnej wartości. Powstał set, który był spójny z jego wizerunkiem wewnętrznym jaki sobie świadomie bądź nie zbudował. Ten sam mechanizm poprowadził Steve’a Jobsa w stronę czarnych golfów. A więc nie sama “szara koszulka” jest złotym rozwiązaniem, a stworzenie outfitu, który przynajmniej będzie w naszym osobistym odczuciu neutralnie na nas wpływał.I zdecydowanie w większości przypadków nie będzie to szary tshirt, co niechcący udowodniły osoby biorące udział w Zuckerberg Challenge. Ci, dla których szary tshirt i jeansy będą spójne z ich wizerunkiem wewnętrznym będą się czuć w tym zestawie świetnie i faktycznie ma on możliwość zneutralizować problem codziennych zmagań z doborem outfitu. Jednak dla tych, których wizerunek wewnętrzny odbiega od basicowego zestawu i opiera się na wyglądzie wysyłającym jakiś indywidualny sygnał w świat, noszenie “neutralizującego problem” outfitu szybko może stać się bardzo męczące, a w dłuższym okresie czasowym wręcz obniżać kompetencje zawodowe, poczucie własnej wartości, produktywność, czy wpływać na kompetencje społeczne. Do czego dążę… Mechanizm, który obserwujemy działa u wszystkich tak samo, tylko każdy z nas musi sam indywidualnie znaleźć swój “ szary tshirt”, który wprowadzi do swojej szafy bez uszczerbku na psychice.

Pytanie jednak brzmi nie jak go znaleźć, ale czy aby na pewno tego chcemy? Trzeba się liczyć z faktem, że outfit o takich właściwościach, jak już neutralizuje, to wszystko jak leci. Nie tylko sam poranny dylemat, ale także możliwość wspierania naszego potencjału, podnoszenia naszej atrakcyjności, pobudzania naszej produktywności i tak dalej. Powielanie codziennie tego samego outfitu można także zaliczyć już do silnie zakorzenionej potrzeby poczucia kontroli, a osobę która decyduje się na wprowadzenie takiego schematu do swojego życia najprawdopodobniej może mieć bardzo silną strefę komfortu, a nawet może to świadczyć o predyspozycjach do różnego rodzaju zaburzeń.

Nawyki i schematy siedzą w naszych szafach. We wszystkich szafach, nie tylko Marka. Niektóre mają swoje plusy nawet, ale większość z nich raczej blokuje nas bądź wspiera blokady, które w nas powstały. Dlatego właśnie powstał projekt profesor Karen Pine o nazwie Do Something Different, gdzie każdy uczestnik dostaje zadania mające złamać jego szafowe nawyki i obserwować co się będzie działo w ich życiu. Projekt jest niezwykły jak i jego efekty, pokazujące jak wyjście z ubraniowej strefy komfortu wpływa na wychodzenie ze stref na innych płaszczyznach naszego życia. Dlaczego  więc zamiast z niej wychodzić chcemy się dodatkowo w nią wpędzać bądź ją w sobie jeszcze bardziej wzmacniać?

Z tego błędnego koła jest jednak wyjście i rozwiązanie dla osób o większych potrzebach niż basic’owy tshirt, które sprawi, że  będzie wilk syty i owca cała. Jednak nie jest ono tak łatwe do wprowadzenia, jak zastosował to twórca Facebook’a. Mechanizm się zgadza, ogólny efekt finalny w postaci zneutralizowania ubraniowych dylematów też, jednak jego clue nie tkwi w “szarym tshircie” ani nawet w neutralnym outficie, a w stworzeniu szafy idealnie dostosowanej do naszych potrzeb życiowych, do naszego wewnętrznego wizerunku i do naszej figury. Nie musimy codziennie biegać ubrani tak samo, i najprościej jak się da by osiągnąć garderobiany spokój, którym cieszy się Mark. Wystarczy, że zbudujemy sobie szafę bazującą na ubraniach i zestawieniach, które są sprawdzone i sprawiają, że czujemy się w nich komfortowo. Wtedy #zuckerbergeffect ma szansę funkcjonować w naszej szafie na zdrowych zasadach. Jednak im więcej oczekujemy od życia, im wyższe cele sobie stawiamy, tym bardziej powinniśmy się stawać wymagający wobec naszej szafy. By wytłumaczyć jak sprostać temu wyzwaniu będę musiała przygotować chyba inną powiastkę. Życzę wszystkim spokoju w garderobie na tą otulającą nas ze wszech stron jesień.

 

Wszystko czego nie wiecie o… Czerni i czerwieni.

Czarny nie wyszczupla!!! Serio!!! Tak, wiem w tym momencie zwaliłam Was z nóg i sprawiłam, że do końca dnia nie przestaniecie o tym myśleć. Powiem więcej…teraz zaczniecie to widzieć na każdym kroku. Ale spokojnie, to mija. Przeszłam przez to.

Otóż tak… czarny nie wyszczupla, wręcz przeciwnie. Źle zestawiany najczęściej wręcz poszerza, przykuwa uwagę, sprawiając, że Ci, którzy chcą się schować w czarnych spodniach uzyskują efekt odwrotny. Ten błąd, który wirusowo rozprzestrzenił się po naszych ulicach i zdecydowanie częściej szkodzi niż pomaga <wiadomo, jak to wirus> wynika z kilku źle zinterpretowanych informacji. O tym Wam dzisiaj opowiem. Będzie też dużo ciemnych ciekawostek, które warto sobie zapamiętać. Ale nie tylko czernią zajmiemy się w tym odcinku. Na tapetę wzięłam też czerwień i jego zabójcze (dosłownie) możliwości.

Chociaż nie jest to news 2017, to jednak mało kto wie, że kolory jakimi się otaczamy mają gigantyczny wpływ na nasze życie. Nasza percepcja, zachowanie,a nawet reakcje fizjologiczne zależą od tego jakimi kolorami się otaczamy.

Wróćmy jednak na razie do czerni… Błąd na temat czerni wynika z faktu, że jest to kolor, w którym nasza psychika ma poczucie, że się chowa. Gdy czujemy się ze sobą źle, niekomfortowo chcemy się (bądź to) ukryć i wtedy właśnie najczęściej sięgamy po czerń. Garderoba, która zawiera czerń może powtarzam MOŻE wskazywać, na stany depresyjne, bądź zaburzenia postrzegania siebie. Podkreśliłam słowo może, gdyż czarna garderoba świadczy też o innych cechach, o których zaraz opowiem. Warto tutaj podkreślić, że samo posiadanie czarnych ubrań nie wskazuje na depresję, spokojnie. Ale jeśli jest czynnikiem towarzyszącym przy innych alarmujących sygnałach to warto się dobrze przyjrzeć jej zawartości.

Dlaczego czarny może zrobić więcej złego niż dobrego? Już tłumaczę. Jest to kolor o najsilniejszej gęstości, co łączy się z faktem, że fala którą wysyła do naszego mózgu jest długa, jednocześnie jest barwą należącą do grupy ciężkich. Czyli zakładając czarny kolor przyciągamy do siebie uwagę, nie tak agresywnie jak czerwienią ale jednak. Czerń poprzez swoje nasycenie i fale którą wysyła przyciąga wzrok. Owszem czerń daje poczucie perspektywy i jego gęstość sprawia, że nie widać co się za nią kryje, ale jednak to jest jej jedyny plus jeśli chodzi o walory wyszczuplające. Dodatkowo ponieważ jest kolorem ostrym, to w zestawieniu z większością kolorów daje silny kontrast (np. z białym), albo podkreśla jeszcze bardziej nasycenie innych ostrych kolorów. Na przykład najsilniejsze i najbardziej przyciągające uwagę i budzące kontrowersję naszego mózgu jest zestawienie czerni i czerwieni. W podziale kolorów na ciężkie-lekkie można rzec, że jest najcięższym kolorem a co za tym idzie my też wyglądamy w nim ciężko. Dlatego uwierzcie mi czarny wyszczupla jeśli jesteśmy szczupli i chcemy ukryć drobne mankamenty, ale umiemy go też dawkować. Jednak najczęstszy błąd z jakim się spotykam to zakładanie czarnych spodni i kontrastowej bluzki, które drastycznie poszerza biodra.
Ale, ale wynarzekałam się na czarny, a ma on też swoje bardzo fajne cechy w kontekście psychologii ubioru także. Otóż przede wszystkim nosząc czerń wzrasta nasze poczucie własnej wartości i kontroli nad sytuacją. W sytuacjach strategicznych wspiera nasze poczucie dominacji, dodaje pewności siebie, w czym upewnili nas swoim badaniem Frank i Gilovitch. Działa to też w drugą stronę, osoby noszące czerń są postrzegane na przykład jako bardziej atrakcyjne, kompetentne i profesjonalne co udowodnione zostało w wielu badaniach. Jednym z nich było badanie Kaya i Epps nad wpływem kolorów na emocje, które wykazało, że czerń jest kojarzona także ze strachem i siłą. Tak więc wychodzi na to, że czerń jest idealna do wspomagania rozwoju naszej kariery, ale… No właśnie, mamy jedno „ale” powyżej, w postaci pierwszego obalonego mitu a teraz nadchodzi następny! Uwaga…Mało komu jest dobrze w czerni! TAK! Czerń przy twarzy w większości przypadków podkreśla jej mankamenty, sprawia, że skóra wygląda na szarą, jeśli ktoś posiada trądzik lub inne skórne zmiany to czarna bluzka idealnie to podkreśli. Sińce pod oczami? Proszę bardzo, czarny się nie zlituje.

Dlatego właśnie dobrze zestawiana czerń może czynić w naszej szafie i życiu cuda, jednak źle zestawiana… No cóż, sami teraz wiecie. O czerni mogłabym Wam jeszcze napisać naprawdę dużo, ale zostawię to sobie na innego posta albo na warsztaty, żeby Was tak nie zawalić informacjami. Nasza dzisiejsza podróż po kolorze czarnym dobiega końca. Następny przystanek- CZERWIEŃ

 

O tym, że czerwień podnosi atrakcyjność i przyciąga uwagę to wiedzą chyba wszyscy. Ale czy wiecie dlaczego się tak dzieje? Czerwień ze względu na to, że jest ciepłym kolorem o stosunkowo mocnym nasyceniu ma najsilniejsze właściwości pobudzające organizm. Za równo z perspektywy obserwatora jak i osoby noszącej. Barwa czerwona posiada też długą falę, która idąc do oka wymaga od mózgu dużo energii na przetworzenie, więc musi pobudzić cały organizm do działania. Dlatego właśnie czerwony jest tak zmysłowym kolorem, kojarzącym się z erotyką, chociaż tak właściwie powinien w takim samym stopniu kojarzyć nam się z trawieniem, bo równie silnie pobudza metabolizm hahahah. Czerwień już w starożytności kochana była przez Rzymian,a oni uwielbiali rozpustę przecież, więc wszystko się zgadza. A jak już jesteśmy przy historii to czy wiecie dlaczego kolor czerwony był zarezerwowany dla króla? A dlatego, że barwnik czerwony był najdroższym i trzeba go było sprowadzać aż z Chin!
Czerwony kolor nie tylko nadaje się na randkę i w trakcie diety, jak się okazuje. Pobudzenie, które wywołuje w naszym mózgu można świetnie przełożyć na naszą produktywność w pracy, ALE trzeba wiedzieć kiedy. Otóż w czerwieni niestraszne Wam będą taski wymagające koncentracji, uwagi i skrupulatności. Dodatkowo, czerwień wyzwala produkcję adrenaliny i motywuje do działania, także idealnie nadaje się na strategiczne spotkania i powie Wam to każde badanie EEG prowadzone nad tym kolorem.  Natomiast nie polecam zakładać czerwieni, gdy musicie wykazać się kreatywnością. Na takie okoliczności przygotuję inny post. Nie szalejcie też z czerwienią gdy macie przed sobą testy matematyczne. Badania Raviego Meht i Rui Zhu wykazały między innymi, że czerwień o tyle co może pomóc w wielu sytuacjach to jeśli chodzi o zadania poznawcze, niekoniecznie.
To nie koniec dobrodziejstw płynących z czerwieni. Czy wiecie, że czerwony powinniśmy nosić zimą? I nie tylko dlatego, że pobudzając działa antydepresyjnie, ale przede wszystkim dlatego, że…uwaga…ROZGRZEWA! Tak! W czerwonym jest nam ciepło i to nie jest bujda. Zawdzięczamy to prawdopodobnie fizycznemu oddziaływaniu promieniowania elektromagnetycznego, które co prawda jest odczuwalne przez receptory skóry powyżej 700mm, ale trwają badania nad tym czy nie dochodzi przypadkiem do tego zjawiska poprzez pobudzenie oka.
Z czerwienią, z resztą jak i z czernią jest trochę jak dzikim zwierzątkiem wpuszczonym do domu. Jak je okiełznamy i nauczymy się jak z nim postępować będzie działał na naszą korzyść, ale wpuszczony samopas do naszej szafy może zrobić niezła rozrubę. Z jednej strony nastawia nas bojowo do życia, co jest super pomocne w osiąganiu celów, z drugiej strony efektem ubocznym tego pobudzenia jest zwiększona adrenalina i wzmożony stres (spadek zmienności rytmu zatokowego) a bojowe nastawienie może niechcący przerodzić się w agresję. Agresję? Nie przeginasz? Badania neurologiczne wykazały, że czerwony kolor podnosi ciśnienie, a więc przyspiesza nasz oddech i tętno. Z resztą daleko szukać? Torreadorzy czerwonymi płachtami rozjuszali byki na arenie. Dlatego właśnie, trzeba uważać, żeby nie założyć przypadkiem czerwonej sukienki na spotkanie z nadpobudliwym szefem. No chyba, że celowo, to śmiało 😉Jeśli chodzi o wpływ koloru czerwonego na nasz wygląd, to także może być wrogiem lub sprzymierzeńcem w zależności od koloru naszej skóry czy stanu cery. Dlatego też, nie jest dobrym pomysłem żeby kupować czerwone ubrania czy szminkę na szybko, a raczej dać sobie czas na odnalezienie idealnego dla siebie odcienia.

 

Kończymy naszą dzisiejszą przygodę z dwoma najbardziej kontrowersyjnymi kolorami. I pewnie napisałabym chętnie jeszcze drugie tyle, ale obiecałam sobie, że nie będę już więcej pisać takich epopei. Dlatego resztę ciekawostek na temat tych kolorów zostawiam sobie na przyszłość, a może na warsztaty Obudź swój styl! ? 😉
Zastanawiam się jakie kolory wziąć na tapetę następnym razem? Niebieski? Żółty? Może różowy? Który kolor intryguje Was najbardziej?

Kobieta w… Barcelonie

Gdyby Barcelona była kobietą…

Pachniałaby liczi i owocem pasji z domieszką zapachu skóry nagrzanej słońcem. Nosiłaby kręcone włosy spięte w luźnego koka. W jej oczach można by zobaczyć pewność siebie, pasję do mody i sztuki z domieszką szaleństwa. Mijając ją na ulicy onieśmieliłby Cię jej pewny siebie krok połączony z subtelnym uśmiechem i szyfonową, krótką sukienką. Barcelona w swojej garderobie trzymałaby jedwabne za duże koszule, które zakładałaby do jeansów i wielkich okularów idąc rano po espresso i świeże kwiaty. Wieczorem zrzucała by jeansy by zamienić jedwabną koszulę w zmysłową sukienkę idealną na kolację w małej restauracji przy morzu. W jej kopertowej torebce, którą kupiła od znajomego projektanta mogłoby nie być telefonu, ale na pewno zawsze znalazłaby się czerwona szminka od Chanel. Barcelona z pewnością byłaby studentką architektury, zaskakującą wykładowców nietuzinkowymi pytaniami. Być może czasem spóźnioną na zajęcia, ale zawsze przygotowaną. Barcelona nocami otulałby kaszmirowy, szary szal. Podkreślał by błękit jej oczu, powalając nie jednego przechodnia mijanego w małych uliczkach gdy wracałaby do domu.

Taka byłaby Barcelona gdyby była kobietą…

 

Hiszpanki znane są ze swojego stylu od pokoleń. Ich temperament przemieszany ze zmysłowością słynie na cały świat i jest obiektem inspiracji wielu artystów. Współcześnie ikoną hiszpańskiej kobiecości jest Penelope Cruz. Nic dziwnego więc, że Woody Allen zaprosił ją do swojego filmu „Viki Cristina Barcelona”, by odegrała rolę temperamentnej i jednocześnie piekielnie seksownej Marii Eleny. Chcąc nie chcąc, gdy zejdą się takie dwie postaci jak Allen i Cruz, ciężko by nie wyszedł z tego swego rodzaju charakterologiczny fenomen. Rola Marii Eleny sprawiła, że Penelope jest już nie tylko przepiękną hiszpańską aktorką. Stała się ona symbolem barcelońskiej kobiety, jak kiedyś Monika Bellucci rolą w Malenie ucieleśniła esencję sycylijskiej zmysłowości.

 

Peneplope nie jest jedyną hiszpańską aktorką, która intryguje mieszanką urody i tajemniczości. Mowa o aktorce, która nazywa się Elena Anaya. Nie jest co prawda tak rozpoznawalna jak Cruz, jednak Ci, którzy darzą sympatią Almodovara znają ją doskonale. Niepozornie klasyczna uroda podszyta jest przeszywającym spojrzeniem. Chociaż ma bogatą przeszłość, to świat olśniła rolą w filmie “Skóra, w której żyję”. Jej sposób na kobiecość jest jeszcze bardziej tajemniczy niż ona sama.

 

Nazywana nie raz hiszpańską Brigitte Bardot. Przepiękna aktorka i piosenkarka lat 50, Sara Montiel. Znana z takich filmów jak El Ultimo Cuple czy La Violetera. Przez wiele dekad inspirowała swoją osobą kolejne pokolenia hiszpanek. Stała się nieprzemijającą ikoną hiszpańskiego piękna i klasy. A że kobieta z klasą pięknie się starzeje, to z każdym kolejnym rokiem olśniewała nas coraz bardziej. Niewiele brakowało a moglibyśmy ją oglądać w Złym Wychowaniu Almodovara, jednak sceny zostały ostatecznie usunięte. Postać Sary Montiel na stałe zagościła w sercach hiszpan, do tego stopnia, że w Barcelonie znajduje się restauracja na jej cześć, o nazwie La Concha.

 

 

Hiszpania, a Barcelona w szczególności pełna jest pięknych kobiet. Zarówno tych nabytych jak i rodowitych. Współczesny świat przyniósł nam wiele nowych możliwości. Jedną z nich jest możliwość poznania wielu zwykłych a jednocześnie niezwykłych kobiet poprzez blogi. Dzisiaj nie trzeba być słynną aktorką czy piosenkarką by inspirować innych swoją osobą. Można być blogerką. I są takie 3 nieprzeciętne kobiety, których style, wiek czy historie życiowe są różne, a jednak łączy je coś, co jest bardzo ważną częścią ich duszy. To Barcelona. Każda z nich ma w sercu i w duszy a co za tym idzie w swoim stylu bycia, Barcelonę. Tego nie da się ukryć, to wręcz trzeba pielęgnować. Barcelona, to nawet nie stan umysłu. To stan duszy, to część osobowości, to niepowtarzalny rodzaj kobiecości, który każda z nas chciałaby w sobie mieć a jednak dane jest niewielu. Ale ważne jest jedno, nie trzeba mieć korzeni hiszpańskich by mieć w sobie hiszpańską duszę.

Gdy patrzy się na Naimę, to człowiek widzi esencję kobiecości. Takiej nieprzeciętnej kobiecości, która powala na kolana subtelnym uśmiechem, onieśmiela naturalną klasą jak Audrey Hepburn. Kobieta o klasycznej urodzie z domieszką orientu i katalońskiego słońca. Naima. Jej styl i sposób bycia komponuje się z Barceloną jakby został przez nią rzeźbiony. Marokanka z pochodzenia, hiszpanka z natury.

 

Gdy Twoje serce mieszka w Barcelonie, to nawet jeśli ciało mieszka na drugim końcu świata, pewnych rzeczy nie ukryjesz. Alexandra mimo iż  cały czas jest w podrózy i za jej śladami ciężko jest nadążyć, to zawsze jednak wraca do Barcelony jak bumerang. Mimo tego, że jest jedną z czołowych trendsetterek, to w każdym jej outficie widać katalońskie słońce. Nawet gdy jest na nartach, w jej oczach, uśmiechu zobaczycie ten charakterystyczny temperament. Jest niezwykła. Jest współczesnym przykładem na istnienie hiszpańskiej kobiecości. Lovely Pepa.

 

Emitaz
Barcelona zdobyła jej miłość podstawiając pod nos przystojnego hiszpana. Młodziutka, bo 23 letnia Emelie Natascha przeniosła się do Barcelony zaledwie kilka lat temu, w pogoni za swoim szczęściem. Nie wiedziała jeszcze wtedy, że do udanego związku dostanie w gratisie miłość do miasta. Do miasta, które wypełni ją po brzegi, odnajdzie jej kobiecość. Z dziewczynki zamieni w kobietę. Sprawi, że odnajdzie swój styl, i uzupełni go o hiszpański pierwiastek. Szwedka Srilańskiego pochodzenia, dopełniła swoją niepowtarzalną osobowość katalońskim temperamentem. Barcelona sprawiła, że zbudowała coś nie do podrobienia. Siebie.

Mam niezwykły sentyment do Hiszpanii. W dzieciństwie zapisał mi się dość specyficzny obraz hiszpanek. Mam też wrażenie, że był taki moment, gdy ich sposób ubierania był traktowany z przymróżeniem oka. Sama osobiście od kilku lat zacieram ten obraz z dzieciństwa i przypatruję się z zapartym tchem jak niesamowite są te kobiety. Jak wiele inspiracji można z nich czerpać. Niezwykłe jest to jak bardzo są siebie świadome, a to przyciąga i intryguje. Do tego stopnia, że nie mogę się już strasznie doczekać naszego wyjazdu warsztatowego z Atelier Podróży i po nocach wyobrażam sobie te przepełnione stylowo ubranymi kobietami, ulice na Gracia w Barcelonie. Wręcz czuję zapach ciepłego powietrza, słyszę gwar dochodzący z restauracji i kawiarenek, gdzie one przesiadują…Też je widzicie?

 

 

Wszystkie użyte zdjęcia a nawet więcej znajdziecie na naszym Pintereście!

 

Czy wiesz, że… Szczęście zaczyna się w garderobie?

 



Czytając ten tytuł widzisz oczami wyobraźni wielką garderobę jak w amerykańskich filmach, z 30 parami szpilek od Blahnika i Loubotina oraz ustawionymi na górze torebkami Hermes, oczywiście w porządku kolorystycznym. Yyyy nie. Nie o to chodziło. Wręcz przeciwnie, zakupoholizm i ciągła potrzeba kupowania nowych niezbędnych rzeczy nie ma nic wspólnego ze szczęściem a jedynie z rozładowywaniem ciągłego napięcia jakie się gromadzi w głowie osoby uzależnionej od zakupów. Szczęście jest w nas, jak to mówi Poppy z bajki The Trolls. Ubrania są tylko narzędziem by pomóc temu szczęściu wydobyć się na powierzchnię i zapanować nad naszym życiem. W dalszym ciągu nie oznacza to, że potrzebujesz sterty narzędzi. Potrzebujesz narzędzi odpowiednich. Tylko i wyłącznie. I wcale nie musi ich być dużo, wręcz nie powinno. Dlatego właśnie dzisiaj opowiem Wam jak i dlaczego budować szczęście w swojej garderobie…

 

Ale od początku. Jest na świecie taki profesor, który nazywa się Martin Seligman. Ostatnio był Zimbardo, więc dzisiaj będzie Seligman. I obiecuję, że będzie krócej 😉


Ten profesor w moim osobistym odczuciu odkrył clue psychologii i jej roli jaką powinna odgrywać w życiu każdego człowieka. Psychologia pozytywna, bo o niej mowa, wreszcie pozwala popatrzeć na to co w naszym życiu dzieje się dobrze, zamiast bezsensownie łatać i skupiać swoją energię na tym co jest źle. Profesor Seligman poprzez swoje badania nad szczęściem nadał kształt i formę słowom, które głosili wielcy mędrcy tego świata od tysięcy lat. Można wręcz powiedzieć, że zbadał czy ich życiowe mądrości są coś warte… No i okazuje się, że są! Jak można się domyślać potwierdził, że ani pieniądze, ani posiadanie, ani ilość znajomych nie są czynnikiem wpływającym na szczęście. Fakt mogą wpływać na nasze zadowolenie sytuacyjnie, ale to by było na tyle. Doszedł jednak do tego jakie czynniki składają się na nasze poczucie zadowolenia z życia. Pierwszym z nich są pozytywne odczucia, co brzmi bardzo oczywiście,ale… Ale same pozytywne odczucia szczęścia w życiu nie dadzą. Muszą się łączyć z innymi składowymi aby to nasze szczęście miało ręce i nogi. Drugim czynnikiem jest odczuwanie przepływu. Właściwie nie wiem jak Wam wytłumaczyć czym jest przepływ, ale ja to właśnie odczuwam gdy pracuję i teraz gdy piszę tego posta. Przepływ można powiedzieć, że jest wtedy gdy czas się dla Was zatrzymuje. Jesteście tu i teraz co daje Wam uczucie wewnętrznej harmonii, i nic więcej się nie liczy. Ja bym to tak właśnie nazwała. Trzecim i ostatnim czynnikiem jest odczuwanie znaczenia życia. Bez względu na religię, wiarę, filozofię jaką tłumaczycie sobie otaczający Was świat, sam fakt odczucia, że to ma sens,  że życie nie jest pustym czasem jest bardzo istotne dla poczucia szczęścia. Na “odczuwanie znaczenia” w życiu ma wpływ jeszcze jedna rzecz, która właściwie jest najważniejsza z tego wszystkiego. To niesienie dobra innym, dzielenie się nim, czyli tak zwana “Pozytywna interwencja” . Reasumując, bez względu na to jakie masz auto, jeśli w Twoim życiu przodują te trzy czynniki czujesz się szczęśliwy. Jednocześnie Seligman doszedł do bardzo ważnego wniosku, że załatanie życiowych dziur terapią nie sprawi, że człowiek będzie szczęśliwy. Ona jedynie zminimalizuje ból, lub go zneutralizuje. A co dalej?

 

Tak wiem, jak zwykle się rozpisuję… Jaki to ma związek z szafą? Zaraz do tego dojdę, spokojnie.

 

Więc skoro mamy to trzy składniowe szczęście to gdzieś tutaj musi być ukryte poczucie własnej wartości. No musi. Bo nie wierzę, że osoba o niskiej samoocenie, kompleksach jak kilimandżaro może być szczęśliwa. Nie może. Dlatego trzeba poszukać gdzie to się ukryło w teorii Seligmana.

 

Pierwszy składnik szczęście wg. Seligmana to pozytywne odczucia, czyli nic innego jak radość z małych rzeczy. I tutaj mamy trop. Otóż to czy w naszym życiu mamy pozytywne odczucia czy nie, nie zależy w ogóle od tego co nas spotyka, a od tego co do siebie dopuszczamy. To od nas i tylko od nas zależy, czy będziemy widzieć radość w ciepłym wiosennym wietrze, czy będziemy się irytować, że rozwiał nam grzywkę. Wszystko zależy od naszego nastawienia. Nie odkryłam tutaj ameryki, mam tego świadomość. Jednak jak to w rozkładaniu na czynniki pierwsze bywa, to jakie mamy nastawienie też wynika z dwóch czynników. Pierwszy, to nasze doświadczenia życiowe, a drugi to wiara w siebie. Wiadomo, że jedno od drugiego może być zależne ale nie musi. Nie będę zagłębiać się w doświadczenia życiowe i ich istotny wpływ na poszczególne aspekty naszego życia. Przyjrzyjmy się za to drugiemu czynnikowi. Wiara w siebie czy inaczej wiara we własne możliwości także zależy od kilku czynników. Jednym z głównych czynników budujących wiarę we własne możliwości jest samoocena, czyli najprościej mówiąc opinia jaką mamy na swój temat. Natomiast jednym z głównych filarów samooceny wg. Nathaniela Brandena, obok między innymi uczciwości czy także świadomego życia jest samoakceptacja. Samoakceptacja to nic innego jak kochanie siebie takiego jakim się jest. I nie chodzi tu tylko o to by akceptować swoje wady, ale przede wszystkim o to by mieć świadomość i wiarę we własne możliwości.  I tutaj się zatrzymamy.


Wróćmy teraz na chwilę do 3 składowej szczęścia Seligmana, czyli poczucia sensu życia. Dwóch psychologów, Roy Baumeister i Kathlee Vohs stworzyło swoją teorię na temat poczucia sensu życia. Według nich głównymi jego składnikami jest: potrzeba posiadania celu, potrzeba poczucia kontroli nad własnym życiem, potrzeba realizowania się i uwaga…potrzeba samoakceptacji! Tadam!

 

No więc jesteśmy w domu. Mamy niezbite dowody na to, że dwa na trzy czynniki składające się na poczucie szczęścia Seligmana wymagają samoakceptacji. Jeśli doszliście do tego momentu, a pewnie duża część się po drodze wykruszyła, to gratuluję! Już pewnie wiecie jaki będzie dalszy ciąg…A może nie?

Na samoakceptację oczywiście też wpływ ma wiele czynników,bo jak wiadomo każde drzewo będzie się rozgałęziać w nieskończoność 😀 Jednym z nich niezaprzeczalnie będzie akceptacja swojego ciała wraz ze wszystkimi jego kształtami. Jak już pisałam w poprzednich postach np.Tutaj , to jak wyglądamy ma gigantyczny wpływ na nasze życie a przede wszystkim na nas samych. To jak się ubieramy może zmienić nasze życie . A na naszą samoakceptację istotnie wpływa samoświadomość o której pisałam tutaj.

Samoświadomość to pierwszy krok pracy nad akceptacją swojego ciała. Kolejnym krokiem jest praca nad swoim wizerunkiem i nad swoim indywidualnym stylem. W efekcie finalnym otrzymujemy stan harmonii pomiędzy tym co wewnątrz i tym co na zewnątrz. Jest to idealny start do zaakceptowania siebie w innych sferach życia o czym wiedzą Ci, którzy czytali post „Kobieta w… biznesie”

 

Czyli okazuje się, że aby być szczęśliwym człowiekiem według Profesora Seligmana, swoją transformację należałoby zacząć od garderoby. Moje przemyślenia na koniec chciałabym przypieczętować jeszcze przypomnieniem o efektach projektu prof. Pine. Osoby biorące udział w Do Something Different, uzyskały znacząco wyższe wyniki w badaniach nad zadowoleniem z życia, w porównaniu do odpowiedzi, których udzieliły przed udziałem w projekcie.

 

Osobiście uważam, że praca nad swoim indywidualnym stylem czyli nad naszym wyglądem spójnym z naszą osobowością, powinna nie tyle być początkiem do zmian, ale ich systematycznym uzupełnieniem. Głównie dlatego, że jak już wspominałam nie raz, budowanie swojego indywidualnego wizerunku jest długim procesem. Osiąganie szczęścia Seligmanowego, że tak je nazwę, też jest długim procesem. Nie wiem jak wy, ale ja widzę tu synergię.

 

Więc jeśli ktoś Wam jeszcze raz powie, że ciuchy szczęścia nie dają, to odeślijcie go do mnie, ja mu to wszystko wytłumaczę. A Wam moi drodzy, wytrwali w czytaniu moich nocnych przemyśleń, życzę by droga do osiągania Platonowskiej eudajmonii prowadziła przez Wasze garderoby, a być może gdzieś na trasie się spotkamy.

 

P.S. Wyszło krócej niż ostatnio, jesteście ze mnie dumni?

 

Kobieta w …poszukiwaniu wiosny

Kobieta w poszukiwaniu wiosny

Odnalezienie się co sezon w tych wszystkich trendach, pokazach, kolekcjach wymaga od typowego śmiertelnika zawziętości, systematyczności i masę skupienia. Więc skumulowałam całą swoją energię na wyciągnięcie z pomiędzy tych wszystkich szalonych pomysłów i wizji, kilku trendów, którymi wprowadzicie wiosenny powiew do swojej garderoby. Zajęło mi to trochę ponieważ szukałam takich tendencji, które są uniwersalne z każdej możliwej perspektywy. Zależało mi na znalezieniu rzeczy, które będą pasować praktycznie wszystkim, do wszystkiego i możliwe, że na każdą okazję.  Żeby nie było za nudno postawiłam sobie także za cel by nie były to strzały na jeden sezon, tylko rzeczy, które będziecie z łatwością modyfikować dodatkami przez kilka kolejnych sezonów. Na zabawę trendami przyjdzie czas w innym poście.

Dresshirt

Mój absolutny faworyt tej wiosny! Śnieg dobrze jeszcze nie stopniał, a ja już wytężam zmysły za fajną koszulosukienką. Dam sobie ręce uciąć, że ten trend utrzyma się jeszcze baaardzo długo. Przede wszystkim dlatego, że jego geniusz tkwi w prostocie. W zależności od dodatków można ją stylizować na różne okazje, w różnych klimatach, jednego dnia może być boho z przewieszoną torebką z frędzlami i dużymi kolczykami, drugiego dnia założysz do niej szpilki zwiążesz włosy w kok i jest outfit prosto do pracy, a wieczorem zarzucasz ramoneskę skórzaną, zmieniasz buty na workery i ruszasz w miasto. No bajka! Można nosić aż się nie rozpadnie 😀

 

Offshoulder

To jest takie super! No bo która z nas nie lubi być subtelnie zmysłowa? A odkryte ramię jest takie uwodzicielskie i uwaga… wyszczuplające 😀 Pokazując ramiona, czy nawet jedno ramię wysmuklamy sobie szyję i twarz. Czy to nie jest najlepsza wiadomość na nadchodzącą wiosnę? To, kto biegnie do sklepu po bluzkę offshoulder, ręka do góry?

 

 

Eyelets

A to jest trend, idealny dla fanów DIY. Z pomocą kaletnika, tudzież ręcznego dziurkacza do materiału, który można nabyć drogą zakupu w hurtowniach pasmanteryjnych i przy odrobinie kreatywności, możecie zamienić coś ze swojej szafy w hit sezonu. Pytanie tylko co? 🙂

 

Robes

Ale że szlafrok?! Yup, w rzeczy samej. Spokojnie, nie będę Was przekonywać do wyjścia na ulicę w szlafroku. Chodzi o fason. Dzianinowe swetry w kształcie szlafroka są bardzo kobiece i wygodne. W wersji dłuższej można nosić je jako sukienkę. W brew pozorom ten krój fantastycznie modeluje sylwetkę, wiązanie w talii świetnie ją rzeźbi, więc jest to idealna rzecz dla osób, które chciałyby zrobić sobie talię. Dekolt w naturalny sposób zmniejsza obtycznie biust, wydłuża szyję i wyszczupla sylwetkę. Nie bójcie się szlafroków. Szlafroki są super!

 

 

High wasted pants.

O! A utrzymanie się tego trendu, który zaczął się już pojawiać wcześniej bardzo mnie cieszy. Te spodnie mogą przerażać trochę osoby o bardzo klasycznym podejściu do ubrań, jednak to jest model, który może zrobić w Waszej szafie dużo dobrego. Przypuszczam, że znalezienie odpowiednio leżących nie należy do najprostszych zadań i nie jest to rzecz, którą kupowałabym online. Jeśli jednak znajdziecie takie, które będą na Was ładnie leżeć, to nagle okaże się, że w Waszej szafie jest masa rzeczy, które dzięki tym spodniom nabiorą nowego znaczenia.  Szczególnie polecam je osobom o wąskich biodrach i szerokich ramionach. Ten krój idealnie wyrówna proporcje. Pamiętajcie, nie bójcie się poszerzających modeli, one naprawdę potrafią zrobić więcej dobrego niż te pozornie wyszczuplające!

 

Jeśli któryś trend wpadł Wam w oko, albo wręcz przeciwnie, szukacie dalej swojego trendu na wiosnę, TUTAJ przygotowałam dla Was całą masę wiosennych inspiracji! Tam także znajdziecie wszystkie zdjęcia użyte w kolażach inspiracyjnych! Łapcie, inspirujcie się i dajcie szafom trochę odżyć!

 

Kobieta w… biznesie.

Bardzo często powtarzam, jak ważny jest ubiór w naszym życiu. Jak istotnie potrafi wpływać na nasze zachowanie. Dlatego bez względu czy nasza praca wymaga od nas dresscodu czy nie, zawsze powinniśmy zwracać uwagę na to co na siebie zakładamy, by czuć się profesjonalistami w swojej dziedzinie oraz być tak odbierani przez otoczenie. Nie ma jednego idealnego stylu biznesowego, który sprawdzi się u każdego. Jednak są pewne zasady albo wskazówki, które warto wprowadzić do swojej biznesowej garderoby by uniknąć wpadek i zawsze mieć poczucie, że wygląda się profesjonalnie.

Co powinna zawierać Twoja garderoba?

Choć pewne pozycje mogą się wydawać tak oczywiste, że aż szkoda czasu przykuwać do nich uwagę, to jednak bardzo często spotykam się z tym, że te oczywiste rzeczy są źle dobrane bądź źle ze sobą łączne. Dlatego warto przeanalizować je jeszcze raz:

Koszula

Koszula jest zawsze dobrym pomysłem. Obecnie mamy cały wachlarz możliwości koszulowych, dlatego warto zbudować z nimi bliższą więź. Nie ma na świecie ludzi, którym koszula by nie pasowała. Jest to taka magiczna część garderoby, która pasuje do każdego typu figury i na każdą okazję. Pasuje praktycznie do wszystkiego zawsze. Koszula sprawi, że w każdej sytuacji będziesz kobieca i z klasą. Ale żeby nie było tak idealnie to w grę jeszcze wchodzi kolor i materiał. Biała koszula powinna się znaleźć w każdej szafie. Każdej! To jest ta część garderoby, która potrafi uratować każdą sytuację. Jeśli potrzebujemy się ubrać bardziej elegancko zakładamy ją do cygaretek albo spódnicy. Jeśli chcemy ubrać się luźniej ale dalej zachować ten pierwiastek profesjonalizmu zakładamy ją do jeansów i kardiganu. Dla kobiet od które nie muszą codziennie do biura chodzić w garsonce idealnym rozwiązaniem będą koszule mgiełki. Są delikatne, subtelne, bardzo kobiece a jednocześnie wygodne. Można je zakładać do wszystkiego. Koszuli można wybaczyć prawie wszystko, dlatego nie będę się rozpisywać nad ich kolorystyką. Jest to kwestia totalnie indywidualna, zależna od naszej garderoby, osobowości, typu urody.

 

Jeśli szukasz więcej inspiracji z koszulami TUTAJ znajdziesz specjalnie przygotowany board na naszym Pintereście. Tam też znajdują się odnośniki do zdjęć wykorzystanych w kolażu z inspiracjami.

Cygaretki

Cygaretki… oh cygaretki. Kochała Was Audrey, kochała Was Marylin, kochała Was Brigitte, kochała Was Gracy, więc jaką ignorancją byłoby gdyby nie kochały Was kobiety współczesne. Cygaretki są dla każdego, jednak nie każdy wie jak je nosić. W zależności od tego jaką mamy figurę zestawiamy je zupełnie inaczej. Niezmienny pozostają jednak 2 fakty: zawsze wygląda się w nich kobieco i z klasą, oraz zawsze wyglądają perfekcyjnie ze szpilkami i baletkami a nawet z trampkami. Dla kobiet o wąskich biodrach sprawa jest prosta, mogą nosić koszule włożone w spodnie, swetry nie zakrywające bioder, a nawet mogą je wkładać w spodnie jeśli nie mają dużego biustu albo bardzo długich nóg, co mogłoby zaburzyć proporcje. Co jednak, gdy nasze biodra nie są wąskie albo mamy szersze uda. Wtedy moje drogie zaczyna się zabawa i największy fun 🙂 Jeśli chcecie zakładać koszule możecie wybierać te lekko taliowane by zarysować talię ale pamiętajcie by ich długość była idealnie do miejsca w którym Wasze biodra zaczynają się zwężać. Możecie też wkładać koszule w spodnie a na to zakładać rozpinany sweter, bądź kardigan, które będą sięgać miejsca gdzie biodra zaczynają się zwężać. To są takie bardzo podstawowe informację, niestety reszta jest kwestią indywidualną, do której można dojść metodą prób i błędów. Jednak zapewniam Was, że gdy dojdziecie jaki sposób noszenia cygaretek jest dla Was idealny, gwarantuję, że będziecie chciały mieć ich w szafie więcej niż jedną parę 🙂

 

Jeśli szukasz więcej inspiracji z cygaretkami TUTAJ znajdziesz specjalnie przygotowany board na naszym Pintereście. Tam też znajdują się odnośniki do zdjęć wykorzystanych w kolażu z inspiracjami.

Spódnica ołówkowa/ spódnica rozkloszowana

Kobiety dzielą się na, te które noszą spódnice ołówkowe i te, które noszą spódnicę rozkloszowane lub te, które nie noszą spódnic wcale. Skupimy się jednak na pierwszych dwóch grupach. Spódnica ołówkowa w brew pozorom nie jest tylko dla szczupłych dziewczyn o płaskich brzuchach i wąskich biodrach. Często wręcz im te spodnice nie pasują. W gruncie rzeczy nie chodzi do końca o figurę a o proporcje i o wysokość stanu. Dlatego dobór spódnicy ołówkowej nie jest prosty, a co za tym idzie wiele kobiet źle się czuje w takich spódnicach bo wiedzą, że coś nie gra, ale problem lokalizują w swojej figurze. Kobiety z dużym biustem i okrągłymi biodrami powinny nosić spódnicę ze stanem lekko obniżonym. Kobiety z mniejszm biustem i płaską pupą powinny mieć wyżej stan żeby optycznie powiększyć swój biust cięciem i podkreślić linię kręgosłupa przez co pupa zrobi się bardziej zarysowana.

Kobiety w spódnicach rozkloszowanych… Dzięki Ci Panie za Sex w Wielkim Mieście! Gdyby nie stylizacje serialowej Carrie, pewnie po dzień dzisiejszy nie udało by się przekonać kobiet, że wielkie spódnice nie są reliktem przeszłości. Wręcz przeciwnie! Mają się świetnie, a coraz więcej kobiet odnajduje swoją zmysłowość za ich pośrednictwem. Ta spódnica pasuje kobietom z małymi biodrami, z dużymi biodrami, z małym biustem, z dużym biustem, nawet kobietom z mniej zgrabnymi nogami. Zasada jest prosta, zakładamy zawsze prostą, stonowaną górę jak np. Piaskową koszulę bądź sweter. I zawsze ale to zawsze buty na obcasie, najlepiej czułenka.

Chociaż tylko jedna z tych gwiazd kojarzona jest z biznesowym outfitem, to druga mocno walczy o tą pozycję i w odpowiednim zestawieniu można w niej zwojować nie jedno spotkanie.

 

Jeśli szukasz więcej inspiracji ze spódnicami TUTAJ znajdziesz specjalnie przygotowany board na naszym Pintereście. Tam też znajdują się odnośniki do zdjęć wykorzystanych w kolażu z inspiracjami.

Biżuteria

Nie każdemu pasuje duża biżuteria, w wielu sytuacjach jest niewskazana i mimo iż jest piękna, to zestawianie jej jest często bardziej skomplikowane. Żeby była jasność, jestem fakną dużej biżuterii, jednak mam jej świadomość. Dlatego gdy chcemy założyć dużą biżuterię do pracy, warto się 2 razy zastanowić czy aby na pewno to jest dzień na takie szaleństwo. Delikatna biżuteria ma tą cechę, że jest bezpieczna, dodaje blasku kobiecie, nie przyciągając jednocześnie zbyt dużej uwagi i przede wszystkim żadko się zdarza żeby do czegoś nie pasowała. Warto zainwestować w subtelną biżuterię gdy chcemy nosić bardziej ekstrawaganckie fasony bądź zależy nam na klasyce gatunku. Duża biżuteria potrzebuje tła, dlatego świetnie się sprawdza w sytuacjach gdy chcemy ubrać się bardziej na luzie ale jednocześnie elegancko z pierwiastkiem ekstrawagancji. Wtedy jednolity prosty sweter i dopasowane spodnie dadzą idealny drugi plan dla dużej kolii.

 

Jeśli szukasz więcej inspiracji z biżuterią  TUTAJ znajdziesz specjalnie przygotowany board na naszym Pintereście. Tam też znajdują się odnośniki do zdjęć wykorzystanych w kolażu z inspiracjami.

Swetry

Swetry chodź na pierwszy rzut oka nie kojarzą się z bizneswoman, to odgrywają dość istotną drugoplanową rolę w naszych szafach. Klasyczny kaszmirowy sweter założony do cygaretek i obcasów zawsze będzie wyglądał elegancko. Taki sam sweter spokojnie można nosić w zestawieniu ze spódnicą ołówkową.Gdy założymy pod niego koszulę i wyciągniemy kołnierz i mankiety nagle jeansy staną się bardziej eleganckie przy tej kompozycji. Kardigany i rozpięte swetry dłuższe natomiast idealnie komponują się z koszulami i eleganckimi spodniami, dodają subtelnego luzu do bardzo formalnego zestawienia. Warto popatrzeć na swetry z innej perspektywy, jako jesienno zimowy dodatek do formalnego stroju. Być może okaże się, że w Twojej szafie zalega jakiś okaz wart drugiego życia.

 

Jeśli szukasz więcej inspiracji ze swetrami  TUTAJ znajdziesz specjalnie przygotowany board na naszym Pintereście. Tam też znajdują się odnośniki do zdjęć wykorzystanych w kolażu z inspiracjami.

Marynarka 

A to jest ta część garderoby, którą powinnaś mieć zawsze w biurze razem ze szpilkami. W razie gdy wypada Ci jakieś niezapowiedziane spotkanie szybko podmieniasz co masz na sobie na marynarkę, zakładasz szpilki i nawet jeśli przyszłaś w dresach to wszyscy będą myśleć, że tak miało być. A tak serio, to marynarka jest super nie tylko do biura i nie tylko na spotkania. Ale jest kilka rzeczy, które warto o niej wiedzieć zanim pognacie do sklepu. Krój marynarki jest rzeczą kluczową. Marynarka musi leżeć na Was tak, jakby była szyta na miarę, tudzież powinna być uszyta na miarę. Nie każda marynarka pasuje do każdego. Osoby z szerszymi biodrami bądź udami mogą sobie zrobić krzywdę zakładając standardową marynarkę, której długość jeszcze optycznie powiększy to co powinna subtelnie zakryć. Dlatego najbardziej bezpiecznym rozwiązaniem jest marynarka lekko taliowana ale dłuższa, do miejsca w którym nasze biodra zaczynają się zwężać.

 

Jeśli szukasz więcej inspiracji z marynarkami  TUTAJ znajdziesz specjalnie przygotowany board na naszym Pintereście. Tam też znajdują się odnośniki do zdjęć wykorzystanych w kolażu z inspiracjami.

 

W części drugiej, która pojawi się niebawem opowiem Wam o tym co warto mieć ze sobą w biurze bądź w torebce by w 5 sekund odświeżyć swój look, swój umysł i z nową energią biec na spotkanie albo siadać do kolejnych tasców, o magii butów i o tym, że torebka kopertowa wcale nie jest tylko na wieczór. Stay tuned.

 

Pamiętajcie, to jak wyglądamy może nas motywować lub rozleniwiać, więc jeśli czeka Was ciężki dzień w biurze zadbajcie o to byście czuły się jak milion dolców, przebojowe i profesjonalne. Good luck!

 

 

 

Wszystkie zdjęcia wykorzystane w poście pochodzą z portalu Pinterest.com i można je znaleźć w linkach podanych poniżej.

Czy wiesz, że… Ubranie może zmienić Twoje życie?

Czy wiesz dlaczego Serena Williams zawsze zakłada tą samą parę skarpetek przed turniejem? Czy wiesz dlaczego w LA grupa kobiet w średnim wieku przemierza co jakiś czas miasto w czerwonych kapeluszach? Czy wiesz co wspólnego z Twoją szafą ma Zimbardo?! Jeśli nie masz pojęcia o co mi chodzi, ale połączenie Sereny Williams z Zimbardo trochę Cię zaintrygowało, idź do kuchni, zrób kawę i usiądź wygodnie, opowiem Ci coś czego prawdopodobnie się nie spodziewasz…

Początkowo może to się wydawać absurdalne, ale psychologia wie o tym od dawna, tylko nie wiedzieć czemu traktuje ten niesamowity temat bardzo po macoszemu. Tak, to jak wyglądamy istotnie wpływa na nasze zachowanie. Dziś postaram się opisać to fantastyczne zjawisko i przytoczyć Wam jak najwięcej informacji na ten temat. Mam nadzieję, że wyjdzie z tego mimo wszystko przyjemny i lekki post idealny do porannej kawy.
Zapraszam 🙂


Choć nie mówi się o tym zbyt wiele, to tematyka wpływu naszego wyglądu a w szczególności ubrań krąży po świecie psychologii już od przeszło 100 lat! Pierwszą osobą, która zaczęła wspominać o istocie ubrania na psyche, był William James. Uważał on, że ubiór człowieka jest esencją zmaterializowanego “ja”. Podkreślał takżę istotną rolę ubioru na nasze predyspozycje społeczne oraz rozwój duchowy. Uważał on ubiór do tego stopnia istotny, że stworzył swoją własną koncepcję “clothed self”. Struktura “Ja” Jamesa była trzy składniowa: ja społeczne, ja duchowe i ja materialne. Swoją koncepcję “clothed self” umiejscowił właśnie na czołowym miejscu ja materialnego. Co pokazuje jak istotny był według niego ubiór dla naszej osobowości. Zagłębiając się dalej w jego koncepcję dowiadujemy się, że każdy człowiek buduje relację z “powierzchnią swojego ciała”, która odgrywa ważną rolę podczas naszych życiowych doświadczeń.Ten temat nurtował go do tego stopnia, że rozłożył na czynniki pierwsze sposób noszenia poszczególnych części garderoby np. Umiejscowienie kapelusza na głowie! Nie muszę chyba dodawać, że podkreślał również, istotę porannej analizy ubioru. Często można znaleźć jego wypowiedzi, że nawyk ubierania jest dla żołnierzy, reszta ma przywilej podejmowania własnych decyzji.

Za pewne każdy z nas ma większą bądź mniejszą świadomość tego, że to jak wygląda może mieć na niego wpływ. Choćby z tego względu, że każdy ma jakieś swoje ulubione ubrania w których czuje się najlepiej, niektóre kobiety lubią zakładać sukienkę by poczuć się bardziej kobieco, mówi się, że jeśli potrzebujesz zmiany w życiu to zacznij od wizyty u fryzjera… Tak, tak to wszystko się zgadza, ale czy macie świadomość tego, że to co wisi w Waszej szafie może wręcz decydować o Waszym życiu? Nie, nie przesadzam. Usiądźcie wygodnie, postawcie kawę stabilnie i popatrzcie na swoją szafę… Bo po tym co przeczytacie już nigdy nie popatrzycie na nią w ten sposób. Bez względu na to jakie odczucia będziecie mieć do tych informacji, to sam fakt sprawi, że będziecie na ubrania patrzeć zupełnie inaczej 🙂
Za pewne większość z Was zna eksperyment Zimbardo, który przeprowadził na studentach w Stamford. Doszło do decyzji o takim trudnym eksperymencie na skutek badań poprzedzających, które wykazały, że ludzie ubrani w płaszcz i kaptur byli bardziej skłonni do zadawania krzywdy innym, niż osoby ubrane “normalnie”. To co Zimbardo odkrył bardzo go zaintrygowało i zmotywowało do kolejnych działań. Zaprosił on swoich studentów do kolejnego eksperymentu w którym część osób była ubrana w fartuchy laboratoryjne a część miała badże z imieniem i nazwiskiem. Następnie przeprowadził eksperyment, zbliżony charakterem do eksperymentu Millgrama. Wnioski były zaskakujące ale i przerażające… Osoby anonimowe były bardziej skłonne do zadawania bólu niż osoby posiadające badże z imieniem i nazwiskiem…Konsekwencją tych właśnie badań był jeden z najsłynniejszych eksperymentów psychologicznych na świecie, eksperymentu, który budzi duże kontrowersje po dzień dzisiejszy. Seria tych eksperymentów przyniosła ogromną wiedzę na temat psychiki człowieka, ale także wiele pytań na które profesor Zimbardo odpowiada po dzień dzisiejszy < sama miałam okazję być na jego wykładach, co było niesamowitym doświadczeniem, a pochwalę się 🙂 >, Wnioski, które wyciąga się z tego eksperymentu są bardzo rozległe, jednak to co dla nas dzisiaj jest istotne to fakt, że wcielając się w daną rolę przybieramy jej cechy, a sam Zimbardo podkreśla, że ubiór odegrał tutaj jedną z najistotniejszych ról. Wiem co teraz myślicie.. Okej, ale tu były warunki więzienne, wszystko bardzo realistyczne, więc strój był tylko dodatkiem i pewnie niewiele by zmienił jego brak. Być może. Ale ta informacja doprowadziła do kolejnych eksperymentów, gdzie np. kobietom zakładano strój pielęgniarek i okazywało się, że w momencie jego założenia stawały się bardziej zaangażowane w pomoc potrzebującym.

No dobra, ale co zakładanie mundurów czy przebieranie się za pielęgniarkę ma do mojej szafy? A no ma… Czytaj dalej 🙂
Te wszystkie badania zaczęły zwracać uwagę psychologów na odczucia ludzi pod wpływem tego co mają na sobie. Zaczęli się zastanawiać nad tym czy jest to tylko kwestia wcielania się w rolę czy temat jest bardziej powszechny niż im się do tej pory wydawało a może to się łączy…

A teraz zadanie dla osób, które były w szpitalu i miały na sobie ten uroczy strój szpitalny zanim dostali swoją wyczekaną piżamę. Pamiętacie to uczucie zawstydzenia, trochę zażenowania, speszenia, które czuliście mając na sobie to wdzianko? A pamiętacie tą ulgę, gdy dostarczono Wam Waszą piżamę? Jak myślicie jak wypadł by Wasz test na motywację czy poczucie własnej wartości przed szpitalem a potem w trakcie noszenia tego gustownego wdzianka? 🙂

Same widzicie, że nie trzeba przytaczać badań i być psychologiem, żeby dojść do takich wniosków. Ale i tak je przytoczę, bo są zaskakujące i pokazują, że tak ekstremalne sytuacje dyskomfortu wpływają na naszą ocenę świata. Brzmi nieprawdopodobnie ale tak właśnie się dzieje. Niesamowite, prawda?
Emily Balcetis i David Dunning z NYU postanowilo to sprawdzić przebierając grupę studentów za Carmen Mirandę a następnie przejść się przez przez Uniwersytet w środku dnia. Haczyk był jeden, część osób myślała, że sama dokonała tego wyboru, a część osób została postawiona przed faktem. Po “spacerze”, każda z tych osób została poproszona o określenie długości spaceru < każdy przebył tą samą drogę>, a następnie poproszono o określenie długości trasy przez osoby, które były ubrane normalnie. I co się okazało? Osoby, które zostały “przymuszone” do tego kompromitującego czynu, odbierały trasę jako znacznie dłuższą niż osoby, które zrobiły to z wyboru 😀 To badanie udowodniło, że ubiór, w którym możemy czuć się zażenowani albo skompromitowani w dużym stopniu wpływa na nasz dysonans poznawczy. Czyli najogólniej mówiąc, jeśli jesteśmy ubrani tak, że czujemy bardzo duży dyskomfort to wpływa istotnie na nasz odbiór świata zewnętrznego. Wnioski nasuwają się same. Skoro kompromitujący strój zaburza nasz odbiór przestrzeni to w jak dużym stopniu zaburzyłby wyniki testów np.na inteligencję, czy testy matematyczne…
A no właśnie, dlaczego by nie zbadać jak ludzie wypadają w testach matematycznych gdy są ubrani niekomfortowo… No oczywiście, że po takim badaniu jak Balcetis & Dunning aż się prosiło, o kolejny krok. No i jest!

Barbara Fredrickson pojechała po całości! Zrobiła eksperyment w którym ubrała ludzi w stroje kąpielowe a następnie posadziła ich na auli i kazała rozwiązać test matematyczny 😀 Oczywiście, żeby ten eksperyment miał ręce i nogi, kazała im wcześniej wypełnić ten test w ich standardowych ubraniach. No i wyszedł hit, bo oczywiście, że testy w strojach wyszły gorzej niż w ubraniu, ale… tylko w grupie kobiet 😀 Wyszły przy okazji inne fajne rzeczy,jak np.to, że postrzeganie swojej sexualności będąc w stroju się zmienia, ale znowu tylko u kobiet… Za pewne ten eksperyment pociągną za sobą kolejne, które miały rozwiązać zagadkę postrzegania swojej sexualności. Tak tylko przypuszczam, bo się już w to nie zagłębiałam. Interesował mnie tylko ten jeden wniosek. Wypadamy gorzej w testach jak jesteśmy półnago 😀 Czytając publikację z tego badania przypomniało mi się jak w trakcie sesji, część osób przychodziła na egzaminy ubrana elegancko, a część w dresach jakby przyjechali prosto po całonocnym ryciu do tegoż egzaminu. Ciekawe, której grupie lepiej szły egzaminy 😀

No dobra, ale my tu przytaczamy dziwaczne sytuacje, które w życiu realnym przecież nie mają miejsca, bo nikt nie biega z bananami na głowie po ulicach i nie idzie do biura w stroju kąpielowym.

Ok, to prawda, ale skoro te badania pokazują silną zależność, to ignorancją byłoby uznanie, że ubrania “normalne” nie mają żadnego wpływu. I tu wkraczają Hannover & Kuhnen, którzy zadali szereg pytań ludziom ubranym formalnie i ludziom ubranym casualowo. I co się okazało? Osoby ubrane formalnie były bardziej skłonne do przedstawiania siebie jako wyjątkowych strategów, o wysokiej inteligencji i profesjonalizmie…Tymczasem gdy byli ubrani casualowo już przedstawiali siebie mniej profesjonalnie a bardziej jako popełniających błędy, niezdarnych czy powolnych w wykonywaniu działań. Tu mnie naszła taka refleksja, czy casual friday w takim wypadku z perspektywy pracodawcy nie jest urywaniem samemu sobie z wydajności własnych pracowników? 🙂 A może kazać im co piątek zakładać pod to ubranie koszulkę z logo ulubionego superbohatera wtedy to się zrównoważy?
Nie to nie był żart…

Profesor Karen Pine, która zgłębia ten temat bardzo dokładnie, wpadła na taki właśnie pomysł i ubrała grupę swoich studentów w takie koszulki przed egzaminem. Dla bezpieczeństwa pozamykała w sali szczelnie okna 😀 Wyniki były zaskakujące grupa Superbohaterów uzyskała w testach średnią 72%, gdy tymczasem grupa kontrolna ubrana normalnie zdobyła zaledwie 64%. Jest to znacząca różnica. Także moje drogie do pracy pod koszule zakładamy tshirt z jakąś super bohaterką 😀
My tu śmiechy hihy, ale Serena Williams zawsze wychodzi na kort w tej samej parze skarpetek. Są piłkarze, który przed meczem zakładają na noc bokserki z logo przeciwnej drużyny… Oni znają ten efekt i pieczołowicie się go trzymają, więc może czas wziąć z nich przykład.

A teraz do rzeczy…

Ubrania mogą mieć na nas wpływ sytuacyjny bądź stały czasowo. Oznacza to tyle, że zakładając coś jednorazowo może się zmienić nasz, humor, postrzeganie siebie czy świata zewnętrznego, ale to już wszystko wiemy. Jednak gdy zaczniemy coś nosić systematycznie, to już zaczyna się robić wesoło, albo niewesoło. Zależy od tego co masz w szafie 😉

Studenci Karen Pine zainspirowani poszli tym tropem dalej. Zebrali grupę ludzi, którym zrobili zdjęcia a następnie zadali im szereg pytań. Dzięki tym badaniom dowiedzieliśmy się, że kobiety 10x częściej zakładają ulubioną sukienkę gdy są szczęśliwe, po to by czuć się jeszcze szczęśliwsze. Logiczne prawda?

Masuch & Hefferon zagłębili się w związek pomiędzy stanem zadowolenia a ubiorem. Ich badania wykazały, że osoby o niskim zadowoleniu, posiadające stany depresyjne zakładają ubrania, w których mogą się ukryć, które współgrają z ich stanem ducha na obecny moment. Natomiast osoby, które należały do zadowolonych z życia wykazały gigantyczne zainteresowanie swoim ubiorem. Zarówno jedna jak i druga grupa charakteryzowała to zjawisko tak samo. Ubiór miał być dla nich przypieczętowaniem ich stanu psychicznego. Zatrzymując się dłużej nad tymi informacjami, łatwo dojść do wniosku, że jest to samonapędzająca się machina czujemy się źle, ubieramy się tak by się w tym utwierdzić, więc czujemy się jeszcze gorzej, a co za tym idzie zakorzeniamy to samopoczucie w sobie jeszcze bardziej. I w drugą stronę. Budzimy się radośni i pełni życia, ubieramy ulubione ubrania, które nas jeszcze bardziej pobudzają, a endorfiny szaleją… Chyba nie trzeba dodawać jaki jest efekt w obu przypadkach po dłuższym czasie takich zależności.

To badanie rzuciło światło dzienne w trochę inną stronę. Uświadomiło mi, że tak jak w każdej innej dziedzinie życia, tak i w szafie rządzą rytuały. Człowiek jest istotą uzależnioną od przyzwyczajenia. Mówi się o tym wszędzie tylko różnie nazywa. Każdy coach dudni, że aby wprowadzić zmiany w swoim życiu musisz wyjść poza swoją strefę komfortu, psychologia sprzedaży skupia się na rytuałach zakupowych poszczególnych grup docelowych, terapie behawioralne skupiają się na zmianie nawyków. No wiem, ja tu wyjeżdżam z terapią i psychologią sprzedaży… ale czy przypadkiem nie wstajesz rano i… idziesz do kuchni, robisz kawę zawsze w tym samym kubku < Twoim ulubionym>  i na spokojnie przeglądasz co tam na insta nowego. A może każdego dnia gdy wracasz z pracy wchodzisz do cukierni i kupujesz to samo ciastko <Twoje ulubione>, wchodzisz do domu, wskakujesz w dres, robisz herbatę i włączasz ulubiony serial.Czy to przypadkiem nie są Twoje małe rytuały? Oczywiście nie ma w tym nic złego, sama wręcz mam hopla na punkcie ich pielęgnowania i celebrowania. Jednak gdzieś musi być granica. Często zatracamy tą granicę na rzecz poczucia bezpieczeństwa. Wybieramy zawsze te same ubrania bo mają bezpieczny kolor albo fason. Tak jest wygodniej. Nie będę tutaj teraz robić wykładu o wyjściu poza stręfę komfortu, bo na bank połowa z Was już ma dość tego tekstu 😛 Chodzi mi o to, że o tyle co nasze małe rytuały są super, o tyle super jest też wprowadzanie w swoje życie nowości. Często te małe nowości mogą stać się super rytuałem, a czasem nawet zmienić nasze życie. Jeśli weźmiemy do kupy te wszystkie informacje, które Wam tu wypisałam, to szybko same dojdziecie do wniosku, że jedna nowa rzecz w Waszej szafie może wprowadzić niezłą rewolucję w Waszym życiu. Profesor Pine opowiada w swojej książce “Mind what you wear” historię swojej koleżanki, której świat stanął na głowie dzięki kapeluszowi. Kapeluszowi, który kupiła pod wpływem emocji. Nie była ona trendsetterką, ani szafiarką. Była zwykłą, przeciętną kobietą, która stała na progu zmian w swoim życiu. Przeciętną to jest dobre słowo, bo dokładnie tak się czuła. No i kupiła ten kapelusz zupełnie przypadkiem. I gdy wyszła w nim na ulicę poczuła się wyjątkowa, poczuła się bardziej zmysłowa i tajemnicza. Działo się tak za każdym razem gdy go zakładała. Z czasem te cechy zakorzeniły się w niej tak bardzo, że nie musiała zakładać kapelusza. Po kapeluszu pojawiły się w jej szafie kolejne bardziej odważne ubrania a ona sama poczuła się bardziej atrakcyjna, z szarej myszki zamieniła się w roześmianą pełną sexapilu duszę towarzystwa. Zaszła w niej niesamowita transformacja. Gdy spytacie jej co zmieniło jej życie, Odpowiedź będzie prosta: Kapelusz. A że życie lubi sprzyjać takim akcjom, to pewnego dnia poszła do znajomych w swoim kapeluszu, który zdjęła i położyła w przedpokoju. I przyszedł on < tutaj zaczyna się robić jak w komedii romantycznej 😀 > zobaczył w przedpokoju kapelusz, który zaintrygował go na tyle, że musiał poznać jego właścicielkę. Ciąg dalszy znacie. Pewnie historia została podkręcona na potrzeby książki, ale musiałabyć na tyle wiarygodna, że profesor Pine rozpoczęła swoją pracę nad tą dziedziną a następnie zawarła ją w swojej książce.

Drugim fantastycznym przykładem na to jak życie może zmienić kapelusz jest stowarzyszenie Red Hat Society. Jest to grupa kobiet w podeszłym wieku, które spotykają się co jakiś czas w Los Angeles ubrana w fioletowe suknie i czerwone kapelusze. Spotykają się w miejscach publicznych, lub organizują bankiety. Wszystkie jednogłośnie mogą Wam potwierdzić, te kapelusze zmieniły ich życie! Nadały im sens, dały motywacje by wyjść z domu, by poczuć się znowu młode i atrakcyjne. I nie chodzi o same spotkania i bankiety. W każdym mieście są organizowane atrakcji dla starszych osób, są bale, są zajęcia i pewnie wiele osób uczęszczających na nie mogłoby powiedzieć to samo. Jednak geneza tej organizacji mówi sama za siebie. Zaczęło się od jednej kobiety która dostała od przyjaciółki na 60 urodziny czerwony kapelusz. Jak pewnie się domyślacie, ten kapelusz sprawił, że znów poczuła się atrakcyjna i młodsza. To uczucie było tak intensywne, że postanowiła kupować czerwony kapelusz na 60 urodziny każdej swojej przyjaciółce. Ta tradycja rozrosła się w tempie błyskawicznym na całe Stany.

Ale wróćmy do przyzwyczajeń i badań. Pod dowodzeniem Karen Pine, na bazie kolejnych badań nad wpływem ubrań na nasze życie, powstał niezwykły program o nazwie “Do something different”. Polega on na tym, że dana osoba codziennie przez dwa tygodnie dostaje jakieś ubraniowe wyzwanie np. “ Ubierz dzisiaj coś w kolorze, zielonym” albo “ Załóż coś, co leży w Twojej szafie od lat, ale nigdy nie miałaś odwagi tego założyć” itd. Przed i po jest badany poziom zadowolenia z życia i humor. Program odnotował znaczące spadki negatywnych emocji oraz intensywny wzrost zadowolenia z życia po zakończeniu programu. Jest to namacalny dowód na to, że przełamanie swoich ubraniowych przyzwyczajeń, eksperymentowanie oraz przykładanie większej uwagi do tego co na siebie zakładamy ma odbicie na wszystkich innych aspektach naszego życia.

Jest wiele pytań na które nie znamy odpowiedzi, jest też wiele pytań jeszcze nawet nie zadanych. Psychologia mody jest dziedziną, która dopiero się krystalizuje i tak naprawdę na świecie zajmuje się nią tylko kilka osób. Mimo to, można uznać, że istota już została udowodniona, gdyż tak duża ilość dowodów wskazujących na istotną rolę ubrań w naszym życiu jest wręcz niezaprzeczalna.

No wiem, nie wyszedł wcale z tego lekki post do porannej kawy w niedzielę, a psychologiczna miazga pełna eksperymentów, nazwisk, wniosków… Mam świadomość, że przegięłam, ale wydaje mi się, że gdybym nie przytoczyła tego wszystkiego, to ciężko byłoby mi pokazać jak bardzo istotna jest to sprawa. Jednak jeśli udało Wam się dojść do końca to przybijam Wam 5!

P.S. Jeśli kogoś interesuje bibliografia tego posta to zapraszam na priv, chętnie się podzielę 🙂

Kobieta w… bieliźnie.

Bielizna to najbardziej znieważona część garderoby. Kiedyś była tajnym agentem kobiet, który sprawiał, że ubrania leżały lepiej, dekolt wydawał się bardziej zmysłowy, talia bardziej wcięta, a pośladki okrąglejsze. Do tego, gdy kobieta się rozbierała to w zawsze w swojej bieliźnie wyglądała zmysłowo dla mężczyzny. Dzisiaj z roli najlepszego przyjaciela spadła do roli przyczajonego wroga. I najgorsze jest to, że same jesteśmy sobie winne. Bielizna z natury jest sprzymierzeńcem, to my swoją ignorancją sprawiłyśmy, że zamiast przyjaciół w szufladzie trzymamy wrogów. Ci wrogowie nas ośmieszają wychodzącymi stringami znad spodni, za małymi stanikami, które deformują nasze biusty, za dużymi stanikami, które odbijają się na ubraniach krzycząc na cały regulator “ W tym staniku wieje wiatr”. Źle dobrane majtki prześwitują albo odznaczają się na spodniach…. I co najgorsze bawełniane majty, które zabijają nasz wewnętrzny sexapil. No nie jestem w stanie uwierzyć, że kobieta, która nosi stare rozciągnięte bawełniane majty może czuć się sexy. Nie ma takiej opcji. Przerobiłam to na swojej skórze i do tego etapu życia wracam tylko w koszmarach.

Wmówiono nam, że jak czegoś nie widać to tego nie ma. Jednak badania psychologiczne pokazują, że jest inaczej. Wiem, że się powtarzam, i być może to już jest nudne, ale będę to powtarzać jeszcze długo. To co ubieramy na siebie ma wpływ na nasze zachowanie, na nasz humor, poczucie własnej wartości, motywację bla, bla, bla. Więc jeśli chcesz się czuć kobieco i zmysłowo wywal te wszystkie bawełniane majty! Ulga gwarantowana 😉 A teraz idź i kup sobie taką bieliznę, która zawsze Ci się podobała ale wychodziłaś z założenia, że nie jest Ci taka potrzebna albo, że szkoda Ci kasy na inwestowanie w bieliznę… Są takie rzeczy, które mają potencjał do zmiany naszego życia jak to mówi profesor Pine zajmująca się tematyką psychologii ubioru. Jedną z tych rzeczy jest niezaprzeczalnie bielizna! Idziesz na randkę? Załóż sexowną bieliznę! I nie dlatego, że może dojść do sytuacji, że będziesz się rozbierać 😉 Mając świadomość jaki wulkan sexapilu pulsuje w koronkowej bieliźnie pod tym grzecznym swetrem, będziesz tak zmysłowa i czarująca, że sama siebie zaskoczysz.

Bielizna ma ma super moce! Pierwszą super mocą jest sprawianie, że ubrania lepiej leżą. To ta super moc, którą kiedyś odkryłyśmy a potem olałyśmy i teraz się mści 🙂 Drugą super mocą, jest zamienianie każdej kobiety w zmysłową, tajemniczą i czarującą. Zapamiętajcie, te super moce są

Warte więcej niż Wam się może wydawać, ale uważajcie to uzależnia!

Nie będę się rozwodzić nad doborem odpowiedniego stanika bo to leży w kwestii brafiterki, ale podam Wam kilka ważnych informacji według których warto zrobić sobie porządki w bieliźnie.

Każda kobieta powinna posiadać w swojej szafie:

  • Cielisty jednolity stanik ponieważ pasuje zawsze do wszystkiego, i świetnie sprawdza się przy delikatnych, cienkich materiałach czy białej koszuli.
  • Bieliznę bezszwową, która nie odznacza się na ubraniach. Ważne by górna gumka także się nie odznaczała.
  • Stanik samonośny, bo każda z nas chce się poczuć nie raz zmysłowa i uchylić kawałek ramienia, bez ramiączka 😉
  • Koronkową bieliznę, którą będziesz mogła założyć zawsze gdy będziesz chciała czuć się sexy.
  • Bieliznę dopasowaną do naszych ubrań. Warto zrobić sobie w szafie segregację kolorów i materiałów a następnie zastanowić się jaka bielizna powinna znaleźć się pod każdym z tych ubrań. Ważne by zwrócić uwagę czy nie prześwituje, czy się nie odznacza i trzyma to co ma trzymać tak, że tego nie widać.
  • Jeden stanik rozmiar większy, ponieważ zaraz przed okresem bądź w trakcie ma większy biust, nie raz bolesny. Po co więc chodzić w te dni w za małym staniku i a) maltretować obolały biust, b) mieć wypływające ze stanika piersi, które będą się odznaczać na bluzce. Ten czas i tak jest dla nas mało komfortowy, więc po co go sobie jeszcze utrudniać 🙂

Tak jak z wieloma rzeczami, dobór odpowiedniej bielizny jest kwestią indywidualną,zależną od naszej szafy i upodobań. Jednak wszystkich nas dotyczy fakt, że nie można jej ignorować, bo może Ci sprawić psikusa w najmniej odpowiednim momencie.